Pokerzyści mają swoją ligę i walczą o grę na legalu.
Panowie, rozkładamy stoliki! – wrzeszczy blondyn. Kilku dużych taszczy z zaplecza profesjonalne stoły do gry. Ciach, jeden stoi, zaraz wszystkie pięć. W tę mglistą, grudniową noc graczy jest tak wielu, że „Clipper”, właściciel klubu, decyduje się zrobić szósty stolik z dwóch zwyczajnych, obiadowych. – Kurde, co jest, potrzebny i siódmy?! W porządku, gotowe – „Clipper” zsuwa na oczy ciemne szkła i zajmuje jedno z miejsc. Zapada cisza. Na monitorze w kącie sali odliczanie wsteczne – trzy, dwa, jeden… Blondyn wrzeszczy: Shuffle up and deal! (tasujemy i rozdajemy). Jeszcze przed chwilą był tu klub, gdzie pije się piwo i gra na automatach. Teraz odbywa się turniej pokera. Nielegalny. W 2007 r. Polacy wydali na hazard ponad 11 mld zł. Więcej niż na alkohol. Może dlatego, że pijąc, można tylko stracić, a grając, można się jeszcze łudzić szansą na wygraną. Ale poker nadal jest w Polsce grą zakazaną. Nie wolno grać nawet we własnym domu, chyba że na zapałki. Grać można jedynie w kasynach. Dokładnie w dwóch hotelach – Hyatt i Hilton.
Wpisowe na największy turniej cykliczny, w Olympic Casino Sunrise w Hiltonie, wynosi 880 zł od łebka. 800 zł idzie do wspólnej puli, na nagrodę, a 80 dla kasyna. Im więcej graczy, tym większa nagroda dla zwycięzcy. Jednak prawdziwe pieniądze leżą w internetowych pokerroomach. To wirtualne stoliki, do których zasiadają za pośrednictwem komputerów gracze z całego świata. W tym – ponad pół miliona Polaków skuszonych wizją wielkich pieniędzy. Miesięcznie można wygrać kilkaset tysięcy dolarów. Nielegalne turnieje w wielkomiejskich klubach dają o wiele mniejsze pieniądze. Mimo to gromadzą coraz więcej chętnych. W ciągu ostatnich dwóch lat we wszystkich większych miastach Polski powstały nieformalne pokerowe ligi. Krakowska spotyka się co tydzień z inicjatywy „Mariana”, gromadząc przy stołach około 50 graczy; po cichu rozdają karty Szczecin, Poznań, Łódź i Białystok.
W podziemnych klubach gra się głównie dla adrenaliny. Chociaż kiedy na stole leży około 5 tys., to nie jest to kwota do pogardzenia. – Nie jesteśmy bandziorami ani uzależnionymi wariatami – mówi z drapieżnym uśmiechem „Clipper”, właściciel warszawskiego klubu, organizator cotygodniowych podziemnych karcianych rozgrywek. Niewysoki, żylasty, o wielkich czarnych oczach, które mruży, jakby nie był przyzwyczajony do światła. Wszak pokerzyści prowadzą nocny tryb życia. Naprawdę nazywa się Piotrek Bończak, jest synem „tego” Bończaka. – Z „Alternatyw 4”. Wiesz, tego aktora – „Clipper”, już nie tak tajemniczy jak przed chwilą, gasi papierosa. Zaraz koniec przerwy w turnieju. – Wszyscy mamy już dość ukrywania się. Pozwala robić zdjęcia w klubie, chociaż wie, że ryzykuje. Mówi, że na organizowaniu pokerowych turniejów nic nie zarabia, choć policja skarbowa może nie zgodzić się z jego interpretacją przepisów. Nie ma licencji na oferowanie hazardu. – Oczywiście, że to nielegalne – wyjaśnia Zbigniew Urbański, rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji. Nielegalny hazard karany jest grzywną. Mimo to „Clipper” zaryzykuje. Przecież jest hazardzistą.
Sala dziś pełna, a nawet przepełniona. Na turnieju zebrało się ponad 70 graczy. Spięte blade twarze, podkrążone oczy i długie, chwytne palce, z magiczną zręcznością obracające kartami i stosami żetonów. Widok jak z saloonów Dzikiego Zachodu, brakuje tylko rewolwerów leżących obok kart. Choć to noc, a w klubie wisi chmura dymu, większość facetów ma ciemne okulary. Po to, żeby móc potajemnie obserwować innych. „Jani” siedzi przy stole na wprost wejścia i wcale się nie rusza. Wygląda, jakby umarł. Stężenie pośmiertne to sztuka blefu doprowadzona do perfekcji: chodzi o to, żeby nie ujawniać emocji. Jeden z najwyższych graczy, „Jack Daniels”, nie ma cyngli, jemu niepotrzebne. Bronią jest twarde, nieruchome spojrzenie. Potrafi nie mrugnąć przez siedem minut. „Jack Daniels” to w cywilu Rafał Gładysz, facet z warszawskiej Pragi. Pracował w windykacji długów, dopóki nie zauważył, że przy zielonym stoliku jest w stanie wyciągnąć kilka tysięcy. W jeden, dwa wieczory. Twierdzi, że odzyskiwanie należności doskonale przygotowuje do gry w pokera. – Do obu tych zabaw potrzeba bezwzględności – przyznaje i wyciąga się na całą długość blisko dwumetrowego ciała. – Nie wolno bać się oskubać przyjaciela. Tu wszystko działa wedle przysłowia: jeśli miękkie serce, to twarda dupa. Mam twarde i jedno, i drugie – ucina.
Rafał ściągał należności przez 13 lat. Nie obchodziło go, że ktoś płacze, czepia się jego płaszcza i jedzie za nim, froterując podłogę kolanami. Specjalizował się w odbijaniu kredytowych samochodów. – Nad czym tu płakać? Albo ludzie kładli pieniądze na stół, albo odjeżdżałem ich niespłaconym wozem. Ściągnął takich aut około 200. Kiedyś podczas rozmowy kwalifikacyjnej zapytali go, co zrobi, kiedy mu każą zabrać ze szpitala jedyny respirator, w dodatku będący w użytku. Odpowiedział: – Pacjenta do erki i zawieźć do innego szpitala, a respirator zajmę na poczet długów.
Zarówno windykator, jak i pokerzysta musi mieć mocny charakter, nastawiony na wygraną. I nie tracić z oczu celu, obojętnie czy są to pieniądze, czy żetony. Ta perspektywa jest najważniejsza i pozwala nie zastanawiać się nad etycznymi problemami. – Decyzje trzeba podejmować szybko – peroruje Rafał. – Nie, dziękuję, kwiatuszku! – to do kasynowej kelnerki. – Ważne, żeby to była decyzja dobra dla ciebie. O innych ludziach programowo nie myślisz. To bezpostaciowi wrogowie, jak w komputerowej grze. Jako windykator po prostu nie dawał się spławić i powtarzał do upadłego: „Pieniądze albo kluczyki”. Jako pokerzysta stosuje technikę zwaną trash talking. – Mielę jęzorem – mówi. – Dekoncentruję i ogłupiam ludzi swoim gadaniem. To rozprasza uwagę słabszych graczy.
Reszta artykułu TUTAJ